poniedziałek, 27 stycznia 2014

.


"Muszę z nią pogadać.
Daj mi coś czego mogę użyć.
Czy ona ma jakieś słabości?

Co masz na myśli mówiąc nie?

Każdy je ma.

Nie maszyny.
Uczciwie wierzę,
że została zaprogramowana
przez kogoś z przyszłości


by przyjść i zniszczyć szczęście nas wszystkich."



Czasami myślę, że jedyne co umiem robić konsekwentnie to trwać w niekonsekwencji.



-Co?-
Odparłem jakby wyrwany kompletnie jakby ze snu.
-Pytałam, co robimy potem.-
A czy jest Ci tu źle? Jesteśmy w połowie koncertu, a ona już pyta co dalej. Sama wybrała taki rodzaj spotkania. Nie żeby mi się nie podobało. Jestem wielkim fanem muzyki. Uwielbiam wspierać wszelkie raczkujące kapele. Nagrywają w garażach te swoje super głębokie piosenki, a potem próbują swoich sił na koncertach. ¾ widowni pierwszy raz słyszy ich muzykę, ponieważ przyszli z kimś z kim się spotykają, a Ci zaś wybrali taki sposób spędzania czasu, aby pokazać jacy to są alternatywni i jak gardzą dzisiejsza popkulturą. Jebać mainstream! A w domu potajemnie, co wieczór po kąpieli tańczą przed lustrem do nowej piosenki Rihanny. Ale kto tak nie robi?
-No nie wiem. Umawialiśmy się na spacer, prawda?-
Odpowiedziałem zerkając znowu na to, co się dzieje na scenie. Leciała jakaś wolna piosenka. Ludzie pod sceną delikatnie sie kołysali w jej kojący rytm. Kilka par nie omieszkało się objąć i spowodować u mnie odruch wymiotny.
Chwyciłem za kufel piwa. Wziąłem porządny łyk spodziewając się, że do końca koncertu to my raczej tu nie wytrzymamy. Spojrzałem znów na moją towarzyszkę. Tym razem to ona była skupiona na kapeli. Widziałem w jej morskich oczach wyobrażenie jakie ma obecnie w głowie. Rycerz na białym koniu, który wraca z wojny. Jego zbroja mimo, że cała w krwi wrogów zdawała się lśnić od zachodzącego słońca. Koń biały niczym arktyczny śnieg, doprowadził swego pana do celu ostatkiem sił. Do celu którym była jego piękna ukochana. Od dwóch miesięcy była dzielną gosposią domu i matką dla ich trzy letniej córki. Codziennie robiła te wszystkie żmudne pracę domowe oraz spełniała obowiązek kochanej matki. Wieczorem zaś modliła się aby mąż wrócił cały i zdrowy. Aby w końcu mogli dzielić ze sobą życie, aby mogli trwać w swej miłości już bez przeszkód. W trójkę. W końcu to jej cholerny rycerz, a ona musi być cholerną księżniczką. Koń zatrzymał się niczym ciężki parowóz na ostatniej stacji. Wydał z siebie odgłos zmęczenia i nie zadowolenie po przebytej podróży. Rycerz zszedł dumnie ze swego konia, niczym bohater, który uratował wioskę przed wielkim złym smokiem.
-Moja droga Elżbieto! Miłości ma! Jam, że wiecznie o Tobie myślał. Teraz wreszcie możemy być razem! Na zawsze!-
Elżbieta rzuciła stare, popękane, drewniane wiadro z wodą. Woda rozlała się na całe podwórze, zalewając pobliskie zabawki ich małej córki. Wpadli sobie w ramiona. Płaczu i wyznawania miłości nie było końca. Bla,bla, bla.
Piosenka się skończyła, a ona znowu spojrzała na mnie. Tym razem już bez tego słodkiego uśmiechu. Ot , tak. Bez uczuć, bez przekazu. W tym momencie zrobiło mi się jej żal. Każda kobieta marzy o swoim rycerzu. A miesiąc w miesiąc musi chodzić na randki i użalać się z kolejnymi typkami, którzy po kilku spotkaniach okazywali się debilami. To było jedno z nich.

Dopiłem piwo, wstaliśmy i wyszliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz